sobota, 21 lipca 2018

Duch Święty działa w Liturgii i w prozie życia codziennego

Kilkanaście tygodni temu koleżanka Weronika, którą znam ze scholi dominikańskiej zainstalowała mi brewiarz w telefonie. Nie korzystam z niego często, ale niekiedy, tak jak dziś, mam chwilę natchnienia w odpowiednim czasie i skwapliwie korzystam z tego dobrodziejstwa. Na modlitwę, jako jedną z kilku wersji, bez wahania wybrałam sobie tę odmawianą w zakonach karmelitańskich: święto św. Eliasza, proroka (co szczególnie do mnie przemówiło, gdyż niedawno pisałam medytację ignacjańską dot. Eliasza, którą poprowadziłam w kościele poznańskich jezuitów). Postanowiłam odmówić modlitwę przedpołudniową, jako że godzina była bardziej stosowna niż na jutrznię. Nie mam wątpliwości, że tak właśnie miało się wydarzyć przed zaplanowanym po niej kolejnym wpisie na bloga…
Słowa hymnu są następujące:

O tajemniczy Płomieniu,
Źródło miłości i prawdy,
Pocieszycielu strapionych,
Przyjdź do nas, Duchu Najświętszy!
Ożywcza roso w znużeniu,
Ogniu wśród chłodu zwątpienia
I jasne światło nadziei,
Przyjdź do nas, Duchu Najświętszy!
Niech Twoja łaska przeniknie
Umysł i serce człowiecze,
Gdy z całą mocą wołamy:
Przyjdź do nas, Duchu Najświętszy!
Niech będzie chwała na wieki
Ojcu, Synowi i Tobie,
A Ty odpowiedz wezwaniu:
Przyjdź do nas, Duchu Najświętszy! Amen.

…A ja właśnie na dziś, od okresu Zesłania Ducha Świętego (ile to już czasu minęło!), zaplanowałam pisać o działaniu Ducha Świętego <3 W zaciszu swojego pokoju zaśpiewałam więc do Ducha Świętego na melodię sopranową, którą dane mi było poznać za czasów śpiewania w scholi Ventuno: https://www.youtube.com/watch?v=eDSiqwgUMJM

Ten dzisiejszy wpis miał wyglądać nieco inaczej i zaczynałam go już kilka razy, nie mogąc dokończyć z uwagi na troskę o jego merytoryczny wymiar. Jednak dojrzewająca we mnie myśl o podzieleniu się doświadczaniem obecności Ducha Świętego w moim życiu, nabrała w międzyczasie innego, nieco bardziej osobistego kształtu ;-) Początkowo chciałam głównie odwoływać się do artykułu o. prof. dr hab. Placyda Ogórka OCD pt. „Czy rzeczywiście nowe zesłanie Ducha Świętego?”, który streszczałam na potrzeby zaliczenia zajęć z teologicznych aspektów kierownictwa duchowego w Carmelitanum. Jednak zdecydowałam, że odeślę do niego zainteresowanych, a samo streszczenie zamieszczę na koniec niniejszego wpisu ;-)
W tym momencie przypomina mi się wideokomentarz, który nakręciłam na potrzeby Zdrapki Wielkopostnej w tym roku; aż go sobie odświeżyłam, coby odnieść się do zawartych w nim treści (https://www.youtube.com/watch?v=UVJy57jDPsc) ;-) I spostrzegłam, że istotną sprawę, do której chciałabym się odnieść, zawarłam w nim jedynie „między wierszami”. Mianowicie, że w sakramencie chrztu, kiedy to rozpoczynamy życie wieczne, zostajemy tak jak Jezus w tym momencie swojego życia, napełnieni Duchem Świętym; i to właśnie dzięki Niemu możemy współpracować z Bożą łaską. Tak jak Duch Święty decydował o całej działalności nauczycielskiej Jezusa, tak i dla każdego z nas jest On źródłem apostolstwa.
(Na razie idę biegać, dalszą część napiszę później).

Ojciec Placyd powołując się w wyżej wymienionym artykule na słowa kardynała L. S. Suenensa zwrócił uwagę, że „trzeba wychodzić od podstawowego faktu, że chrześcijanin już w sakramencie chrztu otrzymuje pełnię Ducha Świętego”. Oznacza to, że człowiek ochrzczony jest mieszkaniem Trójcy Świętej. Każdy kolejny sakrament w ciągu życia chrześcijańskiego będzie „promieniował działaniem Ducha Świętego”, który „w coraz większym stopniu przepoi naszą istotę i nasze postępowanie”. 
To, co zwróciło moją szczególną uwagę w artykule, to dalsza konsekwencja tegoż: uświęcająca moc działania Ducha Świętego wiąże się z dążeniem do świętości, która jest pełnią chrześcijańskiej doskonałości: „Świętość chrześcijańska jest nam dana od początku. Mówiąc ściśle, nie mamy stawać się świętymi, lecz nimi pozostać, mamy stawać się tym, czym jesteśmy. Otrzymaliśmy Ducha świętości, jako zadatek i pierwszą zapowiedź; trzeba, abyśmy, wierni otrzymanemu darowi, rozwijali w sobie jego bogactwa i możliwości” (J. L. Suenens, Nowe Zesłanie Ducha Świętego?, tłum. J. Fenrychowa, Poznań 1988, s. 83). Świętość jest więc przede wszystkim darem, a następnie zadaniem – odpowiedzią na ten dar poprzez osobisty wysiłek modlitewno-ascetyczny.

Jakkolwiek wzniośle brzmi przytoczony rodzaj wysiłku, pozwolę sobie przełożyć powyższe określenie na język, którym posługuję się na co dzień: chodzi o życie zgodne z wolą Bożą, co rozumiem jako życie bez grzechu – a gdy już ten nieunikniony upadek następuje, to pozwalanie na podnoszenie się z niego mocą Chrystusa. Jeśli osoba z większą wiedzą teologiczną jest w stanie napisać coś więcej na ten temat, chętnie poczytam komentarze.

Wracając do znaczenia Ducha Świętego – warto pamiętać, że łączy On nie tylko Osoby Trójcy Świętej, ale i łączy nasze ludzkie dusze z Osobami Boskimi. „Każdy chrześcijanin staje się całkowicie sobą, odkrywając swoje autentyczne „ja”, kiedy zostaje przez Ducha przemieniony w Chrystusa”, pisze ojciec Placyd, dalej zwracając uwagę, że tylko i wyłącznie mocą Ducha Świętego jesteśmy w stanie nawiązać przez wiarę żywy kontakt z Chrystusem, do naśladowania którego jesteśmy zaproszeni.

Na przestrzeni kilkunastu lat swojego świadomego życia w wierze, mogę powiedzieć, że choć cały czas jest ono pełne wzlotów i upadków, doświadczam prowadzenia Ducha Świętego w kierunku upodabniania się do Chrystusa (m.in. stąd nazwa mojego bloga) – czy też: w kierunku zachowania daru świętości otrzymanego w sakramencie chrztu. Jest to długi proces, przynoszący dobre owoce w życiu moim i innych ludzi. Szczerze pragnę współpracować z Bożą łaską i ze swojej strony robię co mogę, by ta współpraca była niezaburzona. I ciągle zadziwiam się tym, ile dobra Duch Święty wyprowadza przez moją osobę choćby w najdrobniejszych gestach.

Nie piszę tego z myślą przedstawienia siebie jako osobę szczególnie uprzywilejowaną, a raczej mam w sobie pewną wrażliwość, która pomaga mi dostrzec to, co Boże. Jestem przekonana, że to Duch Święty zamieszkujący we mnie jest tym źródłem dobra, do którego czynienia jestem zdolna na co dzień; że to On mnie inspiruje, stąd dobre owoce mojego działania nie są moją, lecz Jego zasługą. W tym momencie pozwolę sobie przytoczyć kilka z licznych przykładów z mojego życia, które widzę jako efekt działania Ducha Świętego.

Od kilkunastu miesięcy w każdy pierwszy czwartek miesiąca moja wspólnota (WŻCh) prowadzi w kościele poznańskich jezuitów medytację ignacjańską po Mszy świętej o godzinie 18:00. Wiosną br. zobowiązałam się do przejęcia koordynacji tego wydarzenia, które polegało m.in. na comiesięcznym przekazywaniu informacji do ojca Superiora oraz do biuletynu poznańskich jezuitów. Ponieważ od paru miesięcy pełnię funkcję koordynatora dla mojej wspólnoty Źródło i często nie wyrabiam się z różnymi mniej lub bardziej ważnymi sprawami, koleżanka, która w czerwcu przejęła koordynację medytacji prowadzonych, dołożyła swoich starań w przygotowaniach w postaci sporządzenia plakatu. Niemniej to ja pozostawałam odpowiedzialna za przekazanie informacji do szerszego grona odbiorców. I ze względu na zaabsorbowanie innymi, niekoniecznie obiektywnie ważnymi sprawami, zaniedbałam tę kwestię – podałam informację za późno, co stworzyło pewne zamieszanie w WŻCh. W dniu zebrania Rady Lokalnej „coś” sprawiło, że robiąc porządki, przeglądałam rano medytacje w teczce i spostrzegłam kilka kopii medytacji dotyczącej Eucharystii – były to egzemplarze z ubiegłego roku, wykorzystane na jednym ze spotkań Źródła. I jakoś postanowiłam wziąć je ze sobą, nie wiem czemu… Ale wieczorem już się dowiedziałam. Nie zagłębiając się w szczegóły, ustaliliśmy ze wspólnotą i z o. Darkiem (Superiorem), że ja poprowadzę tę modlitwę nazajutrz w kościele. Wyciągnęłam wydruki i podsunęłam jeden z nich dla o. Superiora, drugi dla lokalnej animatorki, aby zapoznali się z nimi i zatwierdzili, czy te napisane kiedyś przez kogoś na potrzeby WŻCh medytacje nadają się na medytację prowadzoną w kościele. Po zapoznaniu się, w odpowiedzi o. Darek przesłał mi tekst na podobny temat, który był bardziej adekwatny. W uzgodnieniu z nim, przetworzyłam go na punkta i wykorzystałam następnego dnia… Okazało się, że mimo, iż informacja o medytacji prowadzonej nie poszła w poprzedzającą ją niedzielę w ogłoszeniach, ani nie pojawiła się w biuletynie, frekwencja była (podobno) najwyższa jak do tej pory. A dla mnie doświadczenie prowadzenia medytacji okazało się bezcennym przeżyciem duchowym. Stąd podjęłam się tego w kolejny miesiąc, a w następnym również się tym zajmę… Można by powiedzieć: no tak wyszło. Ale ja jestem głęboko przekonana, że to Duch Święty miał w tym swój udział. W Jego i swoim imieniu zapraszam serdecznie 2-go sierpnia na kolejną medytację prowadzoną w kościele przy ul. Szewskiej 18 w Poznaniu, bezpośrednio po Mszy świętej o godzinie 18:00.

Inna jaskrawa sytuacja nasuwająca mi się na myśl to doświadczenie wspólnej modlitwy ze znajomymi na wycieczce rowerowej, którą zorganizowałam parę tygodni temu. I podobnie jak w sytuacji przedstawionej wyżej, jej dalsze konsekwencje. Wracając z Puszczy Zielonka, skręciliśmy w stronę kościoła w Kicinie, gdzie rozstaliśmy się ze znajomymi jadącymi dalej do Bogucina. Jeden kolega postanowił obejść kościół wokół, tak ot, żeby zajrzeć do środka i w ten jedyny sensowny w tym momencie sposób go zwiedzić. Wówczas kończyło się nabożeństwo. Dołączyłam do niego, mijając wejście główne; klęknęłam a moment przed Najświętszym Sakramentem, a gdy po chwili dołączyliśmy do naszej ekipy, zaproponowałam wspólną modlitwę, w której Duch Święty mnie poprowadził. Bo to wyglądało tak: jak towarzystwo wyraziło chęć, z kościoła usłyszeliśmy głos księdza przez mikrofon: „Módlmy się (…)”, parę zdań i cisza. Cisza, w której pomodliłam się w imieniu nas wszystkich własnymi słowami. A dosłownie sekundę po tym jak zakończyłam, w kościele zaczął się śpiew na zakończenie. Po wyjściu ludzi z kościoła jedna pani zaproponowała, byśmy przyszli do salki na poczęstunek, z czego skwapliwie skorzystaliśmy. Okazało się, że pewien ksiądz obchodził 60-lecie kapłaństwa, a my głodni, spragnieni i dość zmęczeni, nieoczekiwanie załapaliśmy się na przyjęcie wstrzelające się w nasze bieżące potrzeby :D Pozwoliłam sobie w pewnym momencie powiedzieć o działalności scholi, w której śpiewam, skutkiem czego w sierpniu (11-go lub 4-go) przyjedziemy do Kicina na nasze wewnętrzne warsztaty i oprawimy liturgię o godzinie 18:00.

Z ostatnich kilkunastu dni z kolei przychodzi mi na myśl działanie Ducha Świętego podczas pogrzebu mojej babci. To, jak zainspirował mnie, bym spytała czy ktoś zajmuje się czytaniami i spontanicznie zdecydowała się zaśpiewać psalm na pożegnalnej Mszy świętej dla tej bliskiej mi kochanej osoby. Mój wujek, który odkąd sięgam pamięcią, był wobec swojej teściowej dość nieprzyjemny, odpowiedział na moją (moją..?) propozycję zgłoszeniem się do czytania i do służby liturgicznej, a przed samą Eucharystią wyspowiadał się. Moja mama, której było bardzo ciężko, poprosiła mnie o pomoc w doprowadzeniu do tego, by ksiądz przeczytał jeszcze w kościele kartkę, którą napisała (…) Ksiądz nie przeczytał wszystkiego; zasugerował, by ktoś z rodziny już na cmentarzu powiedział to, co było na niej napisane. W stosownej chwili przy nagrobku chwyciłam mikrofon i w odpowiedzi na pragnienie mojej mamy, powiedziałam w imieniu rodziny, iż babcię moją zapamiętamy jako osobę wrażliwą, miłą, serdeczną i niezwykle skromną. Cały ten pochówek był wydarzeniem tak wzruszającym i zbliżającym nas do siebie nawzajem, że zapamiętam go do końca życia…

Mogłabym tak godzinami opowiadać o różnych wydarzeniach tego typu… Jak to „dziwnym trafem” się dzieje, że robię coś ze zbożną intencją, nie mając pojęcia jakie będą dalsze tego konsekwencje, a później widząc ogrom dobrych owoców z podjętego działania. Jestem przekonana, że Duch Święty prowadzi tak mnie, jak i wszystkie osoby, które szczerze tego chcą. A jeśli chce, to posługuje się jako narzędziami nawet tymi ludźmi, którym Jego obecność jest najzupełniej obojętna.Ale się rozpisałam, a jeszcze zaplanowałam drugi wątek w głównym temacie… Ponieważ już późna godzina, a na jutro (ech, to już dziś) mam plany od rana, spróbuję przedstawić go krótko i rzeczowo, odnosząc się do treści z przytaczanego wcześniej artykułu o. Placyda.

Mianowicie, że współcześni wybitni teologowie zwracają uwagę, iż „należy bardziej cenić działanie Ducha Świętego w liturgii niż poza nią” (por. K. Rahner, Löscht den Geist nich aus, Graz 1992, s. 8 n.; H. U. von Balthasar, Modlitwa i kontemplacja, tłum. Z. Włodkowa, Kraków 1965, s. 23; W. Hryniewicz, Nasza Pacha z Chrystusem, Lublin 1987, s. 193, 189 n., 231 n.). „Największą pewność i gwarancję spotkania ze słowem Bożym ma chrześcijanin, gdy rozważa Pismo święte nie jako słowo ludzkie, ale jako słowo Boże, a zatem gdy żyjąc w Kościele i przyjmując sakramenty, rozważa je w pełnym uwielbienia wsłuchaniu się, w duchu maryjnej uległości i pod kierunkiem Ducha Świętego, który nieomylnie działa w Kościele” (Von Balthasar, dz. cyt., s. 23).

Te słowa uderzyły mnie szczególnie w kontekście podejścia wiernych do tego, co dzieje się podczas Mszy świętej. Bodajże w maju br. uczestniczyłam w warsztatach liturgiczno-muzycznych organizowanych przy Sanktuarium św. Józefa w Poznaniu przez scholę karmelitańską z Wrocławia i o. Krzysztofa Piskorza OCD. W ramach warsztatów, ojciec karmelita zrobił dla nas wykład (z którego w zasadzie wyszła pogadanka, bo było nas kilkanaście osób) na temat liturgii, zwracając uwagę na różne gesty wiernych, ubiór i brak jedności w kościele wynikający z niewiedzy. Parę tygodni później zaproponowałam proboszczowi na Fredry, gdzie śpiewam ze scholą, żeby na naszych niedzielnych Mszach świętych o godzinie 19:00 podjął się wprowadzenia do liturgii (przy okazji dowiedziałam się, że ma doktorat z teologii pastoralnej!). Porozmawiałam też z ludźmi z Syjonu (wspólnota na Fredry, rozszerzona część scholi, że tak powiem), co myślą na ten temat. Odzew był pozytywny i tym sposobem od września raz w miesiącu w kazanie będzie wpleciona część dotycząca świętości liturgii, co niezmiernie mnie cieszy :-) Na tym kończę dzisiejszy wpis i zbieram się do upragnionego snu, przed którym uskutecznię modlitwę za moich Czytelników J +

sobota, 28 kwietnia 2018

Pokarm dla żywej wiary

Ostatnim razem dzieliłam się na blogu doświadczeniem życia okresami liturgicznymi w codzienności. W związku z tym, po przeżyciu radości ze Zmartwychwstania bezpośrednio po zakończeniu Wielkiego Postu, chciałam napisać o tym w Oktawie Wielkanocnej, jednak nie znalazłam na to czasu (podobne wyjaśnianie już chyba powoli staje się standardem moich kolejnych wpisów… ;) ). Już parę tygodni od tamtej pory minęło i choć jeszcze mamy okres wielkanocny, ta radość nie jest już we mnie tak intensywna. Zresztą nawet przy okazji dzielenia się Słowem Bożym m.in. z kolegą Kamilem – który po przyjęciu sakramentu chrztu w Wielką Sobotę przez kolejny tydzień chodził jak nakręcony z powodu obecności Chrystusa Zmartwychwstałego w jego życiu – już samo przeżycie Świąt Wielkanocnych zdawało się wypadać u mnie słabo. Wręcz miałam pewnego rodzaju poczucie, że niespecjalnie jest czym się dzielić, a kolejne tygodnie, w których zaniedbałam codzienny kontakt ze Słowem Bożym, zdawały się mnie w tym utwierdzać. Zwłaszcza, że wespół z tym (o, jakie fajne i trafne określenie mi przyszło na myśl) dopuściłam się jeszcze innych zaniedbań i potrzebowałam koncentrować się na naprawianiu, nazwijmy to, szkód oraz walce o to, by nie powstawały kolejne. No generalnie nic godnego wynoszenia dla szerszego grona odbiorców.
Jednak prędko skorygowałam w sobie to myślenie, uświadamiając sobie, że:
1)    wzloty i upadki są normą w życiu chrześcijanina, 
2)    Bóg zawsze działa na swój sposób tu i teraz w życiu każdego z nas, 
3)    współpraca z Jego łaską często wymaga wysiłku i nie zawsze mimo szczerych chęci w pełni się udaje – wszak jestem człowiekiem grzesznym
4)    każdy z nas, kto przyjął chrzest, jest tak samo predysponowany do tego, by głosić swoim życiem Dobrą Nowinę, mimo wszelkich własnych słabości
5)    sama konfrontacja z intensywnością doświadczania przez kogoś Bożego działania pokazuje tyle, że dana osoba w określonym momencie tak a nie inaczej przeżywa swoją relację do Boga. I niekoniecznie wraz z tą radością współwystępuje jakaś dodatkowa łaska.
W ubiegłym tygodniu podczas rekolekcji z Szymonem Hołownią, dzięki jego słowom miałam okazję przypomnieć sobie, że Bóg jest w takiej samej bliskości do mnie przez cały czas. Niezależnie od wszystkiego, gdyż jestem Jego umiłowanym dzieckiem. Ja mogę się od Niego oddalać, ale On i tak będzie blisko i zawsze będzie chciał mnie utrzymać przy sobie. Interesujące było to, że wracając do domu tramwajem po tych rekolekcjach, obok mnie usiadł na oko blisko 40-letni mężczyzna, na wstępie przepraszając, że czuć od niego piwo i czosnek, bo jadł zapiekankę. Podczas przejazdu kilku przystanków kilkukrotnie nawiązywał rozmowę ze mną. Ja wtedy odmawiałam dziesiątek różańca i chyba to dostrzegł, bo szybko powiedział, że jest niewierzący, choć pochodzi z rodziny katolickiej. I że różne kobiety już go zapraszały do kościoła, ale on nie wierzy, to jest dłuższy temat. Ponieważ warunki nie sprzyjały rozpoczęciu debaty teologiczno-filozoficznej, powiedziałam mu po prostu, że to Jezus go zaprasza. Że Jezus zaprasza go do siebie, do kościoła. Wychodząc na swoim przystanku, nakreśliłam krzyż na jego czole. Mam nadzieję, że stan podchmielenia nie był przeszkodą, aby Pan Bóg w tej rozmowie i poczynionym znaku skłonił tego człowieka do chociażby najmniejszego kroku w kierunku nawrócenia…
Ta sytuacja, podobnie jak wiele innych, będących okazją do przełożenia wiary w Boga na konkretne apostolskie działanie, kojarzy mi się z doświadczeniem św. Teresy z Lisieux, która mówiła, że Pan Bóg daje jej wewnętrzne światło wtedy, kiedy ona tego potrzebuje w jakiejś sytuacji w ciągu dnia: „Jezus nie chce mi dawać zapasów. On mnie karmi w każdej chwili pokarmem całkiem nowym. Znajduję w sobie ten pokarm nie wiedząc jak On się tam znalazł” (zasłyszane na ostatnim wykładzie w Carmelitanum). Ja doświadczam czegoś podobnego w zasadzie we wszystkich sferach życia. Tak jakby Bóg wiedząc doskonale co mi jest potrzebne, dawał to w odpowiednim czasie. Sprawa na dłuższy temat, który może rozwinę innym razem.
Szymon Hołownia podczas wymienionych rekolekcji obok kilku rzeczy, które szczególnie mnie poruszyły, powiedział coś tak prawdziwego i mocnego, iż wiedziałam, że za jego zgodą, którą otrzymałam, nie omieszkam podzielić się tym na blogu. Niby oczywiste – jak dla mnie i innych, którzy pragną swoje życie opierać na Chrystusie –  ale nie każdemu dane odkryć, więc podzielę się tą wiedzą. Mianowicie, że czytając Ewangelię (zaznaczam od siebie, że ze zrozumieniem) znajdziemy w Niej potrzebne nam odpowiedzi na najistotniejsze życiowe sprawy. Nie trzeba ganiać na różne rekolekcje, śledzić mediów katolickich czy zgłębiać lektur duchowych – nie umniejszając ich znaczenia jako pomocy w rozwoju wiary. W Ewangelii jest zawarte wszystko, czego potrzebujemy dla naszego ducha i dla wzmacniania więzi z Panem Bogiem. Warto więc codziennie mieć kontakt ze Słowem Bożym. Szymon Hołownia zasugerował, żeby czytać do momentu aż jakieś zdanie Cię poruszy – spodobało mi się to, choć ja zazwyczaj zapoznaję się z czytaniami z dnia.
Ale właśnie, zazwyczaj. Jeśli coś nie jest nawykiem, łatwo od tego odstąpić o ile okoliczności zewnętrzne nie sprzyjają praktykowaniu. Na tych rekolekcjach zdałam sobie sprawę, że niepostrzeżenie przestałam karmić się Słowem Bożym codziennie i jakie to ma skutki. Jak wyjechałam po Oktawie Wielkanocnej do Norwegii na parę dni, zupełnie zaniedbałam czytanie Pisma Świętego. Nie jestem osobą, która często podróżuje (liczne odstępstwa tego miesiąca potwierdzają regułę), a że jestem człowiekiem słabym, ilość nowych bodźców wpłynęła zakłócająco. Do tego stopnia, że nie od razu odczułam brak obcowania ze Słowem Bożym. 
Teraz myślę, że już sam ten fakt pokazuje, jak bardzo potrzebuję ciągłych wzmocnień z zewnątrz, aby nie tylko rozwijać wiarę w Boga, ale wręcz nie stracić jej. Choć regularna modlitwa jest dla mnie czymś naturalnym, w braku systematycznego kontaktu z Pismem Świętym dostrzegam zalążek zejścia ze ścieżki, którą chce prowadzić mnie Chrystus. I myślę, że istnieje związek między tym zaniedbaniem a innymi – a przynajmniej dostrzegam go u siebie. Sądzę również, że konsekwentne zaniedbania mają potencjał prowadzić do większych grzechów. 
Stąd: warto codziennie przeczytać przynajmniej jedno zdanie z Pisma Świętego, a Jego treść przyjąć do serca. To tak niewiele, a jak wielkie ma znaczenie w dalszej perspektywie. Nawet zaryzykowałabym stwierdzenie, że jeszcze większe, niż uczestnictwo w porządnych rekolekcjach raz na jakiś czas. Bo tak jak w budowaniu relacji z drugim człowiekiem znaczenie mają drobne, codzienne gesty, dające nam poczucie wzajemnej bliskości, tak i w relacji z Bogiem kluczowe jest obcowanie z Jego Słowem. Najskuteczniejszym, najlepiej rozpoznawalnym znakiem z Jego strony skierowanym ku nam.
Od czasu tamtych rekolekcji udaje mi się codziennie czytać Pismo Święte. Czasem przychodzi mi to bardzo łatwo, ale niekiedy wymaga wysiłku z uwagi na moją dużą aktywność i tendencje do zapominania o priorytetach w ferworze różnych spraw do załatwienia. Ale doświadczając, że każde zatrzymanie się przy Słowie Bożym prędzej czy później przynosi dobry owoc, robię co mogę, by codzienny kontakt z Nim stał się dla mnie sprawą tak naturalną jak modlitwa. A Pan Bóg, widząc, że jest to dobre, wspomaga mnie swoją łaską w tej wytrwałości.
Choć mogłabym jeszcze pisać sporo na ten temat, pozwolę sobie dziś na tym zakończyć. Drogi Czytelniku, który dobrnąłeś do tego miejsca – życzę Ci codziennego kontaktu z Bożym Słowem i doświadczania tego, jak Bóg mówiąc do Ciebie przez Nie, zmienia Twoje życie.

niedziela, 25 marca 2018

Czas Wielkiego Postu


Dziś spostrzegłam, że minęły już prawie 2 miesiące od mojego ostatniego wpisu… Niestety z uwagi na inne priorytety aż do dziś nie udało mi się zebrać do sporządzenia kolejnego. Przez te ostatnie dwa miesiące wydarzyło się wiele spraw, którymi myślę, że warto byłoby się podzielić w tym miejscu, co spróbuję uczynić przynajmniej na ogólnym poziomie.
Przeczytałam to, co pisałam ostatnio, aby sprawdzić, czy poruszyłam kwestię, do której dobrze byłoby odwołać się przy kolejnej okazji. I w jakiś sposób poczułam się zobowiązana, by odnieść się do spotkania dyskusyjnego, o którym wspomniałam na koniec… Ze względu na problemy zdrowotne w tamtym okresie, nie byłam w stanie dotrzeć na miejsce, przez co został przeprowadzony inny temat niż duchowość ignacjańska. Przy następnej okazji spotkania w podobnym gronie, z racji ostatków, spotkanie przybrało luźniejszy charakter, a ze swojej strony wykorzystałam tę sposobność do rozpowszechnienia Zdrapki Wielkopostnej – na dobry początek kolejnego okresu liturgicznego. Jeśli nie wiecie co to takiego, zachęcam do zapoznania się ze stroną zdrapkawielkopostna.pl/, gdzie znajdują się wszelkie potrzebne informacje na temat tej pomocy w przeżyciu Wielkiego Postu. Codziennie aż do Poniedziałku Wielkanocnego włącznie na stronie pojawia się komentarz do prostego zadania, które warto w danym dniu wykonać.
Parę tygodni temu, tj. już w Wielkim Poście, przypomniałam sobie jak ojciec dominikanin będący duszpasterzem akademickim za czasów mojego studiowania zadał na jednym spotkaniu retoryczne pytanie: czy dla nas, tj. osób świeckich, możliwe jest, abyśmy w ciągu roku żyli w pierwszej kolejności okresami liturgicznymi..? To znaczy, aby one bardziej wyznaczały nasz wewnętrzny i zewnętrzny rytm życia aniżeli pory roku, studia, praca, wydarzenia rodzinne etc.? 
Nie ma konkretnego momentu, o którym mogłabym powiedzieć, że sprawił, iż okresy liturgiczne nadają główny rytm mojemu życiu, ale na przestrzeni ostatnich lat, dla mnie niepostrzeżenie, tak się właśnie stało. Z jednej strony wydaje mi się, że jest to konsekwencja decyzji o życiu w wierze, podjętej bardziej świadomie kilkanaście lat temu oraz dalszych wyborów z niej wynikających; z drugiej przychodzi mi na myśl, że poczucie pewnego rodzaju niezależności ode mnie tej swoistej utraty kontroli nad znaczeniem priorytetów jest efektem działania Bożej łaski (W tym momencie przypomina mi się Scala Claustralium kartuskiego mnicha Guigo II Kartuza, o której miałam okazję przypomnieć sobie na ostatnim wykładzie w Carmelitanum z „Lectio Divina” – kolejne etapy tej praktyki modlitewnej to przechodzenie od własnego zmagania, wysiłku słuchania Słowa Bożego, w kierunku otrzymywania Bożej łaski aż do momentu, gdy już nic od nas nie zależy, a występuje wyłącznie działanie Boga. To się dzieje na przestrzeni całego życia, w którym czasem może być nam dane doświadczenie zalania Jego łaską, a innym razem wracamy do etapu, w którym jest duchowa nuda i poczucie braku Jego obecności… Tak więc nie wpadam w przekonanie o wspinaniu się na wyżyny świętości, zwłaszcza, że na co dzień i tak doświadczam swoich upadków).
Z całą pewnością mogę natomiast oznajmić, że Wielki Post jest moim ulubionym okresem roku liturgicznego i przeżywam go w sposób szczególny. Podczas Mszy św., w której uczestniczyłam w IV Niedzielę Wielkiego Postu, w modlitwie wiernych modliliśmy się (cyt.) „za naszą wspólnotę eucharystyczną, abyśmy z wytrwałością podejmowali czas Wielkiego Postu do naszego osobistego nawrócenia.”. Ze swojej strony staram się tak właśnie traktować ten czas kilku tygodni przygotowań do Wielkanocy. W ubiegłym roku w tym celu uczestniczyłam w rekolekcjach w życiu codziennym u poznańskich jezuitów, w tym okresie odmawiałam też Nowennę Pompejańską i dość intensywnie przygotowywałam się do przebiegnięcia kolejnego maratonu, przez co miałam czas wypełniony po brzegi. Aktualnie również wzięłam udział w trzytygodniowych RwŻ, a z racji kontuzji na parę tygodni odpuściłam bieganie i w to miejsce intensywnie zajmowałam się grą na pianinie, głównie pieśni wielkopostnych, którymi uwielbiam się modlić od kilkunastu lat. W miarę możliwości czasowych wykorzystałam też kilka okazji do częściowego uczestnictwa w krótszych rekolekcjach… W bieżący weekend biorę udział w warsztatach wokalnych u franciszkanów, gdzie przygotowujemy na dziś wieczór nabożeństwo Gorzkich Żali. 
Mimo wszelkich niedogodności związanych z przebywaniem w dużym mieście, jak chociażby większym stresem związanym z szybszym rytmem życia, sprzyjającym utracie uważności potrzebnej do pracy nad sobą i swoją relacją z Panem Bogiem, trzeba przyznać, że „dla chcącego nic trudnego”. To czy znajdziemy czas dla Jezusa, zależy od naszych priorytetów. Na podstawie dobrych owoców w swoim życiu, jakimi są u mnie obecnie większy niż kiedyś pokój i zaufanie Bogu, mogę szczerze powiedzieć, że warto o ten czas zadbać, szczególnie teraz. Aby dobrze przygotować się na Zmartwychwstanie naszego Zbawiciela.
Dziś rozpoczniemy ostatni tydzień Wielkiego Postu, Wielki Tydzień. Jeśli czytając poprzednie akapity przyszło Ci na myśl, że w aktualnym okresie liturgicznym zrobiłeś niewiele, aby się nawracać, dziś jest idealny dzień, by to zmienić. Obiecuję modlitwę za Ciebie, mojego Czytelnika, abyś kolejne dni przeżył trwając w obecności Chrystusa, który oddał za Ciebie swoje życie.
+

czwartek, 25 stycznia 2018

„Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi”


W ostatnim wpisie zwróciłam uwagę na kwestię przedłużonej modlitwy jako formy pielęgnowania osobistej relacji z Chrystusem oraz pewne trudności pojawiające się w jej praktykowaniu. Pozwolę sobie zacytować przesłanej mailem odpowiedzi koleżanki ze wspólnoty: Parę myśli, którymi chcę się podzielić odn. medytacji Słowa Bożego w codziennym życiu. Przywołujesz dwóch kolegów. Myślę że kluczem do tego tematu jest wewnętrzne pragnienie. Na ile jest ono głębokie, że naprawdę chcesz tego czasu z Bogiem sam na sam, pragniesz tego wyjątkowego spotkania-słuchania, rozmowy. A na ile wynika to tylko z tego że "trzeba by". Oczywiście nie odpowiadaj mi na te pytania, tylko sobie :)” – dalej powołuje się ona na własne doświadczenie ewoluowania modlitwy (jak wróci z odbywanych obecnie rekolekcji ignacjańskich, zaproponuję jej by wkleiła dalszą część swojej wypowiedzi jako komentarz, gdyż nie chcę tego robić za nią, bo może wcale nie będzie chciała). Jako wstęp do dzisiejszego wpisu postanowiłam udzielić pisemnej odpowiedzi z pewnym rozszerzeniem tematu ;-)
Otóż, od początku Nowego Roku tak się dzieje, że kilka razy w tygodniu poświęcam więcej czasu na modlitwę z zagłębieniem się w Ewangelię przewidzianą przez Kościół na dany dzień. Modlitwa ta jest moją własną odpowiedzią na pragnienie spotkania z Panem po całym dniu i stanowi niejako naturalną konsekwencję dziękczynienia za dobro w moim życiu i Jego obecność w nim. Nie do końca jest to medytacja ignacjańska, choć w wysokim stopniu przybiera jej formę. Próby koncentracji na Słowie Bożym przeplatane są licznymi rozproszeniami – myślami zwykle związanymi z wydarzeniami z dnia, które kieruję dalej ku Bogu i w świetle przeczytanego fragmentu Pisma Świętego zastanawiam się, co On chce mi w związku z tym wszystkim przekazać. Niedzielna medytacja sprawiła, że zechciałam w niedługim czasie podzielić się z Czytelnikami kilkoma przemyśleniami z nią związanymi. Dla ułatwienia zrozumienia treści kolejnych akapitów, zacytuję Mk 1, 14-20 (jeden z moich ulubionych fragmentów Pisma Świętego - już kiedyś do niego nawiązywałam): 
Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich Jezus: „Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi”. A natychmiast, porzuciwszy sieci, poszli za Nim. Idąc nieco dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. Zaraz ich powołał, a oni, zostawiwszy ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi, poszli za Nim.
Szczególną uwagę zwróciłam na to, co rzekł Jezus i jaka była reakcja osób, które spotkał – natychmiastowa. Zaczęłam zastanawiać się, w jaki sposób ja reaguję na spotkanie z Nim? Tym, którego przyjmuję w Żywym Chlebie, którego słucham w Jego Słowie oraz widzę mniej lub bardziej wyraźnie w każdym człowieku..? (oby bardziej, niestety moje reakcje na bliźniego wciąż sugerują, że za słabo Go dostrzegam). Co oznacza w moim życiu pójść za Nim oraz czy mając takie pragnienie, faktycznie staję się „rybakiem ludzi”? Czy przypadkiem nie jest tak, że moje pragnienie Boga, choć szczere, na poziomie podświadomych motywacji jest wyrazem szukania zaspokojenia własnych, powierzchownych potrzeb, a nie Jego woli..?
Blisko tydzień temu w trakcie kolacji po wykładach w Carmelitanum, na które mam w zwyczaju uczęszczać, m.in. pojawił się temat duchowości ignacjańskiej oraz dzielenia się osób świętych własnym doświadczeniem Boga. W moim odczuciu obecne gremium, na swój sposób humorystycznie, a jednak z pewną dawką powagi, wyraziło przekonanie, iż ćwiczenia duchowe zaproponowane przez św. Ignacego Loyoli ukierunkowują na analizę własnej psychiki. Zwrócono dalej uwagę, że ludzie święci nie rozpowiadali na prawo i lewo o tym czego doświadczyli w relacji z Bogiem, ponieważ opowiadanie o własnym doświadczeniu byłoby wyrazem koncentracji na sobie. I tak np. św. Teresa z Ávili pisała jedynie na wyraźne polecenie swojego spowiednika, a św. Jan Paweł II podczas swojej działalności unikał zbędnych wzmianek na swój temat. Słysząc to, zastanawiałam się nie po raz pierwszy, czy Panu Bogu podoba się mój pomysł pisania bloga, gdzie tak dużo odwołuję się do własnego doświadczenia..? 
Na obecnym etapie życia duchowego mam przekonanie co do niemożliwości nawracania innych nauczaniem i przekazywaniem wiedzy, jak też opowiadaniem o osobie Jezusa Chrystusa tym, którzy sami nie przejawiają wyraźnej chęci bliższego poznawania Go. Mam takie doświadczenie, że te słowa niewiele znaczą, jeśli człowiek sam nie stara się naśladować Chrystusa - ponieważ ludzie ostatecznie bardziej zwracają uwagę na czyny, aniżeli słowa i nieraz łatwo zrażają się do Kościoła z powodu rozbieżności tego, co głoszą duchowni, a ich postępowaniem. Mając powyższe na uwadze, mówiąc w wielkim skrócie, uznałam, że jedyne, co mogę robić to starać się żyć po Bożemu i na miarę możliwości, świadczyć o Nim własnym życiem. Bo przecież nie ja mogę nawrócić innych, tylko Duch Święty; ja mogę jedynie dawać świadectwo swojego życia, jakkolwiek wybrakowanego, ale pełnego Jego obecności, za którą to obecność niedawno z okazji swoich urodzin dziękowałam w intencji na Mszy św., dołączając intencję "o radość z pełnienia woli Bożej dla każdego uczestnika tej Eucharystii".
Jak na razie dane mi było usłyszeć jedynie pozytywne opinie odnośnie zamieszczanych tekstów, jednak zdaje się, że większa ich część odnosiła się bardziej do mojego sposobu pisania, aniżeli treści dotyczącej wiary per se. Dzięki temu widzę, jak dalekim od doskonałości narzędziem w rękach Boga jestem – bo wciąż bardziej odsyłam innych do samej siebie aniżeli do Niego. Ufam jednak, że we współpracy z Jego łaską, będę zmieniać się w kierunku zgodnym z Jego wolą, a jeśli On zechce – także inni, za których się modlę czy spotykam, w tym moi (potencjalni) Czytelnicy. Wierzę, że nadejdzie taki czas, kiedy tak jak święty Paweł będę mogła w pełni powiedzieć, że „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie” (Ga 2,20)
Jak na razie cieszę się, że mogę być Chrystusowym „rybakiem ludzi” chociażby pełniąc od zeszłego tygodnia funkcję koordynatora mojej wspólnoty czy opowiadając o rekolekcjach ignacjańskich studentom w Duszpasterstwie Akademickim. To drugie było (jak na razie) akcją jednorazową, ale wygląda na to, że w przyszłym tygodniu nastąpi podobna okazja na spotkaniu dyskusyjnym, które z kilkoma koleżankami planujemy moderować. Poza tym Pan Bóg odpowiada na moje pragnienie apostolstwa w niezliczonych sytuacjach dnia codziennego, wskazując jak wykorzystywać rozum i wolę do działania na Jego chwałę.
Mam nadzieję, że podzielenie się powyższym nie zostało odebrane i w istocie nie jest wyrazem pychy, a raczej świadomości własnej godności jako dziecka Bożego.
A w jaki sposób Ty idziesz za Panem Czytelniku?

środa, 3 stycznia 2018

Kim Chrystus jest dla mnie?


Na podobne pytanie przyszło mi odpowiadać podczas katechezy wspólnoty neokatechumenalnej siedem tygodni temu, na którą spontanicznie się wybrałam. Jak zwykle, mimo iż zgromadziło mi się wówczas wiele refleksji na temat relacji z Chrystusem i miałam chęć podzielić się nimi na blogu, z licznych przyczyn, w znacznej większości zewnętrznych, dotychczas nie udało mi się tego uczynić. Jednak z perspektywy czasu dostrzegam sens pisania na określony temat z opóźnieniem. Zwłaszcza, że pięć dni później rozpoczęłam I Tydzień rekolekcji ignacjańskich, a po zakończeniu rekolekcji – przez następnych kilka tygodni, doświadczałam ich owoców i przyglądałam się wewnętrznym zmianom wynikających z wpływu czytania i słuchania Słowa Bożego w ciszy. W międzyczasie również dane mi było po raz czwarty w minionym roku wziąć udział w warsztatach liturgiczno-muzycznych (tej tematyce poświęcę kiedyś inny wpis).

Na wspomnianym na początku spotkaniu, po krótkim czasie na zastanowienie powiedziałam, że Chrystus jest dla mnie kimś bliskim; że na różne sposoby doświadczam Jego obecności w swoim życiu; a zapytana o najważniejszy fakt z Jego życia dla mnie, podałam Jego cierpienie i śmierć, abym otrzymała życie wieczne (potem myślałam sobie, ech, czemu nie przyszło mi wówczas do głowy powiedzieć o Jego zmartwychwstaniu – i sądzę, że z podobnego względu jak z tego, że nie wspomniałam, że jest Synem Bożym: jest to sprawa obiektywna, wykraczająca poza istotę pytania). Na dzień dzisiejszy mogę bez wahania odpowiedzieć, że wraz z Bogiem Ojcem i Duchem Świętym, jest najbliższą mi Osobą i mam nadzieję, że pozostanie tak na zawsze.

Myślę, że samą odpowiedź na postawione w tytule pytanie można potraktować jako wstęp do tematu jakości więzi z trójjedynym Bogiem. Po I Tygodniu rekolekcji ignacjańskich mogę powiedzieć, że był to czas, w którym udało mi się zobaczyć wyraźniej jaki jest mój obraz Boga i moja relacja z Nim oraz co z rzeczy, na które mam wpływ, sprawia, że nie mogę poznać Go lepiej. Nie wydaje mi się, by zaskakujące było stwierdzenie, że trudności w poznaniu Boga wynikają z braku uważności, wewnętrznego nieuporządkowania, własnych wad kształtujących się na przestrzeni gromadzonych doświadczeń oraz w konsekwencji grzechów – są to sprawy zależne od nas samych. Jednak sucha wiedza na ten temat niewiele pomaga bez chęci wglądu w siebie i realnego dążenia do pogłębienia wiary.

Choć na co dzień staram się realizować jedno i drugie, wiedząc, że tematyka I Tygodnia rekolekcji ignacjańskich obejmuje zmierzenie się z własną grzesznością, z racji poczucia dużego obciążenia psychicznego ostatniej jesieni, miałam wątpliwości czy przechodzenie I Tygodnia w tamtym czasie będzie dobrym pomysłem; czy wyraźniejsze zobaczenie swoich słabości, będącym jednym ze źródeł utrapień, nie przytłoczy mnie zanadto..?

Ostateczna decyzja o uczestnictwie okazała się lepsza niż przypuszczałam. W toku konferencji i medytacji Pan Bóg pokazał mi, że obawy były bezpodstawne. Bo rekolekcje ignacjańskie są przede wszystkim czasem spotkania z Nim, Bogiem nieskończenie miłosiernym i sprawiedliwym, doskonale kochającym. Tematyka własnych ułomności jest sprawą wtórną, gdyż On przyjmuje nas takimi jakimi jesteśmy. Jeśli prawdziwie pragniemy miłości w najdoskonalszej postaci jaką jest On sam i szukamy Go całym sercem, możemy Go spotykać, a On przemienia nas swoją obecnością.

Jestem przekonana, że takie pragnienie jest wpisane w duszę każdego człowieka; a jeśli ktoś twierdzi inaczej, to dlatego, że ma niewłaściwy obraz Boga. Sama zobaczyłam, że choć dążę do bliskości z Bogiem, czasem zachowuję się jak pierwszy człowiek, który po grzechu, pozornie z obawy przed Stwórcą, ukrył się w raju – bo tak naprawdę, ukrył się przed swoim wyobrażeniem Jego, podyktowanym lękiem. Dostrzegłam, że moja ówczesna tendencja do nadmiernie krytycznego oceniania siebie i przekonanie, że zawiodłam Boga po raz n-ty, wynikała z własnych nałożonych na siebie standardów, nierzadko rozmijających się ze spojrzeniem Boga na mnie.

W tym momencie trochę żałuję, że nie zrobiłam podsumowania rekolekcji bezpośrednio po ich zakończeniu, bo wtedy byłabym w stanie dać wiarygodniejsze świadectwo, opisując jak zachodził proces przemieniania moich „zanieczyszczonych” przekonań na temat stosunku Boga do mojej własnej grzeszności… Ale właśnie, żałuję tylko trochę, z uwagi na ryzyko szerszego ujawniania wówczas treści rekolekcji, na które po prostu lepiej samemu pojechać. W temacie I Tygodnia dodam jeszcze tylko tyle, że blisko jego zakończenia, podczas jednej adoracji Najświętszego Sakramentu, oczami wyobraźni zobaczyłam Jezusa miłosiernego, biorącego w swe zarazem silne, jak i czułe ramiona, małą owieczkę, która jest mną. Jezus przytulił ją do swego serca i powiedział, że uleczy wszystkie jej rany.

Bezpośrednio po powrocie z rekolekcji, aż do Świąt Bożego Narodzenia był u mnie tak intensywny okres działania, że nie dawałam rady poświęcać czasu na modlitwę poranną i wieczorną dłużej niż 10 minut (modlitwy w ciągu dnia, w formie aktów strzelistych, różańca, śpiewu i uczestnictwa w Eucharystii 1-2 x w tygodniu i spotkań ze wspólnotą nie wliczam); dotychczas też nawet nie zdążyłam przejrzeć wszystkich notatek dla utrwalenia treści I Tygodnia. Jednak treści rekolekcji przypominają mi się co jakiś czas i wciąż we mnie wybrzmiewają. Sądzę, że dziwne by było, aby jakikolwiek uczestnik rekolekcji ignacjańskich, doświadczając poruszeń duchowych, nie miał podobnych wrażeń.

Dziś, kolejną dobę po Sylwestrze, nie mogąc zasnąć z powodu zaburzonego cyklu dnia i nocy, postanowiłam wykorzystać kawałek nocnego czasu na modlitwę. Po raz pierwszy skorzystałam z książki zakupionej w Centrum Duchowości Księży Jezuitów w Częstochowie bezpośrednio po I Tygodniu rekolekcji ignacjańskich. Jej tytuł brzmi „Wiara jak ziarno gorczycy. Homilie na niedziele i święta Rok A, B, C”, autorem jest o. Stanisław Biel SJ. Przy pomocy homili, ignacjańską metodą medytacji, rozważyłam Słowo Boże z uroczystości Matki Bożej Rodzicielki. Pojawiła się w niej zachęta do oceny minionego roku pod kątem rozwoju własnego ducha i wykorzystania szans i łask od Boga; nie zabrakło adnotacji, że „Dla człowieka, który zmierza do Boga żaden czas nie jest stracony. Nawet czas, po ludzku najbardziej bezsensowny, może być najdojrzalszy i prowadzić do głębokiej przemiany”. W gruncie rzeczy nie potrzebowałam przeczytać tego fragmentu tekstu, by będąc tego świadomą, już uprzednio ocenić rok 2017 jako owocny, również – a może przede wszystkim – dla rozwoju mojego ducha. Niewątpliwie w tym minionym roku, w prawie nieustannej współpracy z Bożą łaską, udało mi się w znacznym stopniu uporządkować życie wewnętrzne.

W tym Nowym Roku bardzo chciałabym w doskonalszy sposób pielęgnować dalej swoją relację z Chrystusem. Nie pierwszy raz czuję się zaproszona do poświęcenia większej uwagi wsłuchiwaniu się w Jego Słowo. Kilka dni temu zapoznany na Karmelitańskich Dniach Młodych kolega Staszek przyznał, że od październikowych rekolekcji pustelniczych codziennie praktykuje 30 minut modlitwy w ciszy, a zaledwie parę dni później kolega Przemek ze scholi powiedział, że od kilku lat codziennie poświęca podobny czas Słowu Bożemu, dodatkowo dzieląc się ze mną skutkami takich spotkań z Panem Bogiem. Podziwiam ich za tę wytrwałość, gdyż u mnie zazwyczaj codzienna medytacja nad Słowem Bożym ogranicza się do zapoznania z Ewangelią z danego dnia i przeczytania komentarza do niej. Łatwiej mi niekiedy spontanicznie wybrać się na Eucharystię w ciągu tygodnia, niż umawiać systematycznie z naszym Ojcem na taką dłuższą rozmowę w skupieniu. Mam wrażenie, jakby w okolicznościach usłyszenia o umiejętności zagospodarowania czasu przez osoby świeckie, chciał On podnieść mi „poprzeczkę” w rozwoju duchowym, aby zapewnić większy pokój mojej duszy. Teraz, gdy zaczęłam nową pracę, niewymagającą ode mnie wczesnego wstawania, istnieje mniej przeszkód do pokonania aby wdrożyć plan półgodzinnej medytacji w życie…

Brzmi nieźle, prawda? Mam na uwadze, że początek roku sprzyja postanowieniom, które później nie są realizowane. Od systematycznej, przedłużonej modlitwy bliższa jest mi obecnie postawa Symeona, który „nie przesiadywał jednak całymi dniami w świątyni. Zajmował się tym, czym każdy inny człowiek w jego epoce musiał się zajmować (…). Był on jednak otwarty na Ducha Świętego i dzięki temu nie przegapił spotkania z Tym, który jako bezbronne dziecko przyszedł zbawić ludzi (komentarz do Łk 2, 22-35 – Ewangelii z dn. 29.12 ubiegłego roku w: Ewangelia  2017. Droga, Prawda i Życie). Dlatego znając swoje ograniczenia, będę dziękować Bogu jeśli uzdolni mnie do takiego zachowywania w sercu przeczytanej Ewangelii, że w ciągu dnia Jego Słowo nie zginie w gąszczu codziennych spraw niczym ziarno wrzucone w ciernie, a przyniesie możliwie najbardziej obfity plon.

Towarzyszy mi przekonanie, że nadchodzący Nowy Rok będzie jeszcze lepszy od poprzedniego. A to dlatego, że dzięki łasce, na którą jestem otwarta, drobnymi kroczkami postępuję w rozwoju w wierze i doświadczam realnego działania Pana Boga w swoim życiu. W dniu moich urodzin, a uroczystości Matki Bożej Rodzicielki, powiedziałam Mu na głos z najwyższą szczerością, że Go kocham. I choć w różnych formach staram się to robić codzienne, słysząc własny głos w ciszy mieszkania, w którym aktualnie sama przebywałam, wyraźniej spostrzegłam, że słowa te płyną z serca. Zapragnęłam codziennie praktykować taką formę modlitwy i już trzeci dzień mi się udaje ;-)

Powierzam więc Panu swą drogę i ufam Mu, a On sam będzie działał (Ps 37,5).


Kim jest Chrystus dla Ciebie Czytelniku? Jak wygląda Twoja relacja z Nim i co robisz, aby ją pielęgnować? Co chcesz czynić w Nowym Roku, aby łaska, którą Bóg pragnie Cię obdarowywać, mogła przemieniać Twoją codzienność na lepsze?

czwartek, 9 listopada 2017

Dobrem zło zwyciężać.


Minęło już kilka tygodni, jak idąc deptakiem na Półwiejskiej w Poznaniu, zostałam zaczepiona przez jedną z kilku kobiet, jak się okazało, zbierających podpisy na poparcie projektu ustawy dotyczącego tzw. „świadomego rodzicielstwa”. Jako zachętę na udzielenie swojego poparcia usłyszałam standardowe hasło „prawa kobiet”. Zerkając na towarzyszącą im tabliczkę z napisem: „Ustawa o prawach kobiet i świadomym rodzicielstwie Ratujmy Kobiety”, spytałam, czy złożenie podpisu oznacza aprobatę wobec zabijania nienarodzonych dzieci..? Pani z uśmiechem odparła, że „przerwanie ciąży do 12-go tygodnia”, kusząc perspektywą dorównania innym krajom europejskim. Odparłam spontanicznie, że jestem przeciwna zabijaniu nienarodzonych dzieci, gdyż wierzę, że człowiek posiada duszę od momentu poczęcia. Zachowując ten sam wyraz twarzy, moja rozmówczyni odparła jakby mechanicznie: „jeśli pani ma taką wiedzę to szanuję” i na tej wymianie uprzejmości zakończyłyśmy nasz powierzchownie serdeczny dialog.

Spiesząc dalej na Mszę świętą przed spotkaniem Wspólnoty, biłam się z myślami i emocjami będącymi ich bezpośrednim skutkiem w podobnych sytuacjach. A że mogłam jakoś inaczej powiedzieć, korzystając z tej sposobności; że moje słowa w zasadzie były bez znaczenia, bo po mojej rozmówczyni spłynęły niczym woda po przysłowiowej kaczce. A z emocji głównie złość, smutek, poczucie bezradności i wynikający z nich napływ negatywnych ocen mających swój początek w odniesieniu do postępowania wojujących pań, a rozprzestrzeniających się na nie same, stąd nie godzi się ich tutaj przytaczać. Ostatecznie całokształt wydarzenia mogłabym wówczas zamknąć w jednej przykrej konstatacji: świat dąży do upadku, a zyskujące na popularności promowanie działań kłócących się z naturą człowieka, chociażby roszczenie sobie prawa do zabijania bezbronnych istot ludzkich pod płaszczykiem wolności wyboru zgodnie z sumieniem, jest tego przejawem.

Bezpośrednio po tym wydarzeniu wykorzystałam możliwą okazję wniesienia na modlitwę wiernych intencji za osoby w ten sposób promujące aborcję, co po części dało upust moim zszarganym nerwom.

Nie pamiętam dokładnie, co napisałabym w tym temacie w przeciągu kilku dni po tym wydarzeniu, wiedząc, że na pewno podniosę tę kwestię na blogu, ale wówczas mój wpis byłby znacznie uboższy w stosunku do tego, co napiszę poniżej – ponieważ powyższe doświadczenie było jednym z tych, co to dodają mi energii do działania, a czasu od tamtej pory już trochę upłynęło.

Niedługo po tym pamiętnym spacerze za sprawą organizacji CitizenGO, od której od kilku miesięcy otrzymuję maile, dowiedziałam się o inicjatywie Zatrzymaj Aborcję. Na stronie zatrzymajaborcje.pl, do której link dostałam, krótko, zwięźle i zrozumiale został przedstawiony projekt innej ustawy, która nie kłóci się ze świadomym rodzicielstwem (a wręcz bardzo go wymaga!) ani z właściwie pojętymi prawami kobiet (wszak obejmuje nie tylko kobiety, ale przede wszystkim dzieci w okresie prenatalnym). Jak zapewne spora część z Was już wie albo się domyśla, projekt ten dotyczy ochrony życia dzieci nienarodzonych – a konkretnie chorych, u których została wykryta niepełnosprawność.

Ponieważ wydrukowanie karty podpisów i wyrażenie na niej swojego poparcia dla projektu, z założenia czyniącego prawo stanowione bliższe prawu Bożemu (poparcie dla V Przykazania „Nie zabijaj!”) nie było dla mnie najmniejszym problemem, niechybnie zdecydowałam się na powyższe działanie. Szybko też przyszedł mi pomysł, by rozprzestrzenić informacje o projekcie i przyczynić się do zebrania 80 podpisów za pośrednictwem znajomych, chociażby z mojej wspólnoty. Napisałam grupowego maila z informacją, że zostawiam karty w salce, do której każdy członek WŻCh w Poznaniu ma dostęp; zachęciłam do zbiórki podpisów pośród swoich znajomych, członków rodziny itd. – stosując się do propozycji zamieszczonej na stronie projektu; z kilkoma osobami miałam okazję porozmawiać osobiście na ten temat.

Jakiś czas później jedna koleżanka ze wspólnoty powiadomiła, że ojciec Superior po Mszy św. odpustowej u poznańskich jezuitów ogłosi zbiórkę podpisów; zaproponowała abyśmy zajęły się tą sprawą – tak też uczyniłyśmy; podpisało się kilkadziesiąt osób. Ponieważ doświadczyłam, że nie jest to sprawa przerastająca moje aktualne możliwości, stopniowo przychodziły pomysły na rozszerzenie działań w zakresie zbiórki podpisów…

Tutaj muszę nadmienić, że jakkolwiek różne czynniki złożyły się na moje zamiary, nie realizowałabym ich, gdybym nie rozpoznawała w tej aktywności zaproszenia od Chrystusa. Zapewne niejedna osoba powątpiewa, czy to faktycznie Bóg skłania do działań tak szczegółowych – niemniej, pragnąc, by moje myśli, intencje i czyny były ukierunkowane ku Niemu, i będąc w stanie łaski uświęcającej oraz korzystając z władz rozumu i woli, rozeznałam, że moje zaangażowanie w tę sprawę będzie przejawem rozprzestrzeniania Bożej miłości i sprawiedliwości na ziemi (przynajmniej wielkopolskiej i warmińsko-mazurskiej).

I tak, parę tygodni później za porozumieniem z ojcem karmelitą w przerwie międzywykładowej ogłosiłam zbiórkę podpisów w Carmelitanum, za porozumieniem z ojcem przełożonym zakonu franciszkanów w Poznaniu, podjęłam się zorganizowania zbiórki po mszach przedostatniej niedzieli – a że znalazły się osoby chętne do udziału w tej akcji, w tym koordynatorka lokalna z Fundacji Życie i Rodzina (zycierodzina.pl), odnalazłam w sobie siły do dalszych działań – zapytanie o to samo skierowałam do ojca przełożonego zakonu karmelitów w Poznaniu oraz do proboszcza parafii, do której chodzę, gdy jestem w rodzinnym mieście Szczytnie (dzięki temu drugiemu, w ostatnią niedzielę odbyła się tam zbiórka przy zaangażowaniu osób z lokalnej wspólnoty). Przy różnych okazjach informowałam znajomych o możliwości złożenia podpisu – jak chociażby w rozmowie z przypadkowo (?) spotkaną znajomą w pociągu, która zdecydowała się wziąć ode mnie kartę ze sobą, podpisała i wyraziła chęć dążenia do zapełnienia jej (mam nadzieję Ewa, że jeśli to czytasz, czujesz się bardziej zmobilizowana :P).

Trudno powiedzieć ile podpisów udało się zebrać za pośrednictwem mojej osoby; na pewno około dwa-trzy razy więcej niż początkowo zakładałam.

Nikogo zapewne nie zdziwi jeśli powiem, że wszystko nie wyglądało tak różowo – większość ludzi wychodzących z kościołów omijało stoliki z kartami mniej lub bardziej szerokim łukiem (wybaczcie, ale szczegółowość mam w naturze), a z moją najbliższą rodziną w ostatni weekend toczyłam dyskusje, będąc jedyną osobą opowiadającą się za ochroną chorych dzieci nienarodzonych (nie mówiąc o fakcie, że będąc chrześcijanką popieram pełną ochronę życia człowieka – w tym dzieci poczętych z gwałtu, o których w projekcie wzmianki nie ma; jak też jestem absolutnie przeciwna tzw. pigułce „dzień po”, o czym również w ww. projekcie nie ma mowy). Jakkolwiek rozumiem racje przeciwników ograniczania aborcji i doświadczyłam nie raz ucisku z powodu odmiennego stanowiska, jakoś nie ulegam zniechęceniu.

Myślałam o tym, by odnieść się do argumentów, z którymi dane mi było wielokrotnie stykać się w obliczu konfrontacji, jednak pozwolę sobie pominąć polemikę, a zainteresowanych w ciemno odesłać na http://www.polsatnews.pl/wideo-program/durczokracja-26102017_6465395/ (link został mi podesłany wczoraj w mailu przez Panią Kaję Godek bądź jednego z wolontariuszy z Fundacji Życie i Rodzina – co więcej, dowiedziałam się z listu, że inicjatywa pod nazwą „Ratujmy Kobiety” o której pisałam w pierwszym akapicie, powstała tylko po to, aby utrudnić uchwalenie ustawy chroniącej życie chorych dzieci).

Ze swojej strony chciałabym tylko wykorzystać wymowne słowa o. prof. Placyda Pawła Ogórka OCD usłyszane dziś na ćwiczeniach z teologicznych podstaw i szczegółowych zasad kierownictwa duchowego – mianowicie, że najwyższą normą moralną nie jest sumienie, a Pan Bóg.

Te słowa chyba już na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Niezależnie od tego, czy się w Boga wierzy czy nie, On istnieje, a Jego ponadczasowe Prawo pozostanie obiektywnie sprawą ważniejszą niż promowane przez feministki „wybory zgodne z własnym sumieniem”.

Zapewne osoby, które nie otrzymały łaski wiary, będą jeżyć się na takie postawienie sprawy, bo przecież każdy ma prawo do własnych poglądów… Stąd może nieco zuchwale zabrzmi, gdy powiem, że ja nie tyle bronię własnych poglądów, co staram się działać w Imieniu Jezusa. Tego, który mówi: „Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; i kto nie zbiera ze Mną, [ten] rozprasza” (Mt 1,30). Wiem, że mogłabym zadbać o lepszą argumentację, ale myślę, że nie jest to najważniejsze; jak ktoś jest przekonany do swoich racji, to o ile wejdzie w  dyskusję, będzie się ich uparcie trzymał. Tym wpisem przede wszystkim chciałam przekazać, że wierzę, iż idąc za Jezusem, to On sprawia, że stajemy się rybakami ludzi (Mk 1,17), a nasze małe gesty, choć są kroplą w morzu potrzeb ewangelizacji, nie pozostają bez znaczenia.

poniedziałek, 23 października 2017

Trochę o wierności.


Okazuje się, że pisanie bloga jest dla mnie nie lada wyzwaniem… Dlatego dziś spontanicznie na wieczornej Mszy św., gdy podczas modlitwy wiernych w chwili ciszy można było wzbudzić swoje intencje, poprosiłam Pana Boga, aby dał mi siłę do zamieszczenia wpisu jeszcze dziś. Choćby krótkiego, ale najważniejsze, żeby był ku Jego Chwale.

No właśnie, bo jedną z najistotniejszych spraw, które mnie pohamowują, jest obawa przed tym, że znając chociażby swoją potrzebę uznania, będę próbowała przedstawić siebie w korzystniejszym świetle, przez co głębsze pragnienie oraz cel, dla którego tego bloga stworzyłam, nie będą odpowiednio zrealizowane… Do tego dochodzi świadomość własnej grzeszności i dość absurdalna obawa, że z powodu mojej miłości dalekiej od doskonałości, nie jestem odpowiednią osobą do podejmowania się tego typu inicjatyw. Zwłaszcza, że podczas ostatniego skorzystania z sakramentu pokuty i pojednania, usłyszałam od spowiednika bardzo mocne słowa: skoro zdarza mi się dopuszczać do grzechu w materii ciężkiej, to nie kocham Boga.

Bo miłość do Niego wyraża się w wierności.

Te słowa często dźwięczą mi w uszach, bo niewierność Bogu jest ostatnią rzeczą, na którą chciałabym się zdobyć… A jednak wciąż doświadczam swoich upadków i nie zawsze starcza mi sił do walki z pokusą, co w konsekwencji bardzo mnie smuci. Po części dlatego, iż namacalnie odczuwam swoją słabość i myślę, że znowu Go zawiodłam; mam jednak nadzieję, że z czasem jeśli obrażę Pana Boga swoją myślą, mową, uczynkiem czy zaniedbaniem, moje cierpienie będzie wynikało głównie z powodu zranienia Jego doskonałej miłości. I to zmotywuje mnie do większej wierności Jego Przykazaniom. Niekiedy sądzę, że naprawdę wolałabym umrzeć niż grzeszyć, ale dochodzę do tego, że skoro Pan Bóg trzyma mnie przy życiu, to ze znanych Sobie powodów chce, abym żyła. I podejrzewam, że przede wszystkim dlatego, bym bardziej nawróciła się do Niego.

Napisałam o tym nie z powodu chęci wykazania, że w gruncie rzeczy każdy z nas, będąc grzesznym kocha za mało – co akurat wiadomo, bo spośród ludzi tylko Jezus i Maryja byli święci w znaczeniu: bezgrzeszni. W ostatnim czasie doszłam do tego, że silenie się na napisanie czegoś mądrego, żeby tym sposobem chociaż trochę bardziej uświęcić przez to siebie i być może Czytelników, mija się z celem. Wystarczająco wiele mądrych i pobożnych rzeczy zostało już wydanych, a ja i tak pewnego pułapu nie przeskoczę, i nawet nie o to chodzi. To Chrystus ma być w centrum, a nie moja doskonałość (jakkolwiek trudno pozbyć się tendencji do perfekcjonizmu, co i tak zapewne nie raz wyjdzie w formie pisemnej).

Wierzę więc, że Panu Bogu bardziej podoba się moje świadectwo, jak każde inne niezwykłe w swojej niepowtarzalności na drodze do Niego. I jestem przekonana, że szczerze pragnąc zjednoczyć się z Nim, mimo iż „teraz poznaję po części” (1 Kor 13, 12b), starając się być Jemu wierną, Duch Święty uzdolni tak mnie, jak i każdego z nas do zdobycia się na większą, właściwie pojmowaną miłość jeszcze w tym życiu doczesnym, jeśli tylko będziemy tego autentycznie chcieli, a te chęci, we współpracy z łaską, popchną nas do działania zgodnego z wolą Bożą.

Tym sposobem kończę ten post w poniedziałek, ale i tak jestem wdzięczna Bogu, że uzdolnił mnie do przełamania trudności… Może gdybym nie zjadła drugiej kolacji w międzyczasie, udałoby mi się jeszcze zmieścić czasowo w niedzieli, jak planowałam ;-)